Konkurs mniej więcej piękności

Wzięłam kiedyś udział w konkursie piękności, miss studentek. To była krótka przygoda, skończyło się na pierwszym castingu. Wspomnienie wyparłam całkowicie, bo było mi wstyd, nie tego, że odpadłam w przedbiegach, ale tego, że w ogóle się zgłosiłam. Zrobiłam to tylko dlatego, że przeżywałam wtedy kolejny miłosny zawód i desperacko starałam się nie dopuścić do rozpadu związku, na którym mi za bardzo zależało. Chyba bym umarła gdybym przeszła do kolejnego etapu, ale tamten chłopak pewnie zostałby ze mną nieco dłużej.

To dawno odepchnięte wspomnienie wróciło do mnie kilka dni temu i jedyną reakcją jaką wzbudziło we mnie był śmiech, szczery i głośny, zaśmiałam się sama z siebie i ze sobą. Nie czułam nic oprócz zadziwienia, że dziewczyna z tego wspomnienia to ja, jedna i ta sama, we własnej osobie. Żadnego politowania, samokrytyki, wstydu, tak było i tyle, to był mój wybór i miałam takie motywy, kropka. Więcej nawet: nie czułam nic do tego chłopaka! Nic! Oczywiście nie chodzi mi o jakąkolwiek emanację miłości tylko o to, że nie czułam żalu, nic, a nic. Mogłabym napisać, że czas leczy rany, ale to nie tylko to, powodów jest więcej.

Ja byłam strasznie kochliwa. Celowo nie piszę bardzo, ale właśnie strasznie, bo to było aż przerażające co ja robiłam ze swoim sercem. Zakochiwałam się w mig i nie odkochiwałam w porę. Byłam wciąż albo w siódmym niebie, albo na dnie rozpaczy i nigdy nie udało mi się wyleczyć z jednej miłości inaczej, jak tylko zakochując się znowu. To było wykańczające i cieszę się, że minęło, ale też widzę w tym wszystkim wielką wartość i dobro. I znów mogłabym napisać, że co cię nie zabije, to cię wzmocni, ale to nie tylko to.

Nie umiałam odpuścić, uznać, że to już koniec, że on (ten czy tamten, to był schemat, który się powtarzał) już nie wróci i w jakimś punkcie dotarło do mnie, że ja jestem za to odpowiedzialna, że to należy do mnie, że to jest decyzja by pójść dalej. Usłyszałam od mądrego człowieka „Ela, let it go” (to było jeszcze długo przed erą Elsy i Anki) i zaufałam mu, bo już nie miałam sił żeby zrobić cokolwiek innego. To był punkt zwrotny, niedługo potem poznałam mojego męża i byłam już na to gotowa, bo byłam wolna, dałam sobie możliwość wyboru i skorzystałam z niej.

Wbrew pozorom to nie ma być wpis o higienie uczuciowej, ale o tym, by nie żyć przeszłością i nie trzymać w sobie żalu. Nie jestem mędrcem, nie jestem nawet rozsądna, jestem słaba i leniwa i wciąż popełniam te same błędy, mam też wiele innych wad, ale to jedno mi się udaje: patrzeć w przeszłość i nie czuć nic, tylko rozumieć lub starać się to robić. Znam wiele osób, które opowiadając o tym, co je kiedyś, mam na myśli bardzo dawno temu, zraniło wciąż otwierają jakąś jątrzącą się ranę. Nie mogą komuś darować, najczęściej samym sobie, żyją w cieniu swoich błędów i to jest oczywiste dla wszystkich, którzy patrzą na nich z zewnątrz, a dla nich samych zupełnie nieuchwytne. Czasem mi się uda zebrać na odwagę i powtórzyć im to „let it go” które sama usłyszałam, ale jeszcze mi się chyba nie przytrafiło zobaczyć, by to dla kogoś było tak skuteczne, jak dla mnie. I myślę sobie czemu tak jest, że tak trudno jest nam darować i nie znajduję odpowiedzi. Prawdę mówiąc, do dziś nie wiem czemu ja tak kurczowo trzymałam się tego, czego już nie było, ale widzę wyraźnie, że zostawiając to za sobą nic nie straciłam. To nie był mój skarb tylko kamień u szyi i ja naprawdę tonęłam.

Dla mnie to był początek dorosłości, teraz to widzę, bo zaczęłam kierować swoimi uczuciami i jakkolwiek nad nimi panować. Nadal tego nie umiem, ale przynajmniej wiem, że to możliwe i chyba dzięki temu (między innymi, ale o tym to już innym razem) mogę myśleć o swoim małżeństwie jako o czymś, co się nie skończy i będzie się wciąż rozwijać. Co więcej, jest we mnie jakaś nadzieja, że będę umiała nie mieć do nas żalu gdy się mocno zranimy, bo nie mam też złudzeń, że można tego uniknąć.

Ps. Tytuł tego wpisu ułożył mój mąż i mu dziękuję.

Czym jest pora karmienia.

Dziś ktoś zażartował, że „pora karmienia” to jest dobry alias dla kogoś, kto ma czwórkę dzieci i psa bo w takich okolicznościach to w zasadzie zawsze jest pora karmienia 😉 i to prawda, ale gdy ukułam tę nazwę miałam na myśli moment gdy masz niemowlę przy piersi i nie możesz już zrobić nic. To jest tak absorbujące zajęcie, że pozostaje ci tylko słuchać lub przeglądać socialmedia w komórce (albo pisać post na blogu, ale to w pewnym sensie jedno i to samo). I tak zrodził się tytuł mojej audycji, bo mam taką na wnet.fm, a z niej przyszłam tu bo okazało się, że mało nam czasu na antenie żeby wszystko powiedzieć też dlatego, że prezentuję tam mnóstwo świetnej muzyki więc sami rozumiecie.

W moim zamyśle pora karmienia to jest też czas kiedy możemy ze sobą być jako matki bez poczucia wstydu, że gdzieś nas z tego powodu nie ma i cieszyć się tym, że nasze życie tak wygląda, że wychowujemy i często po wielokroć. Wierzcie mi, taki sposób życia nas syci, a nie tylko z nas wszystko wysysa. Ta pora karmienia jest dla nas właśnie po to, by się nasycić.

Ps. Ja wiem, że wśród moich odbiorców są też mężczyźni. Czujcie się zawsze mile widziani, tylko akceptujcie, że jestem babą 😉

O co mi chodzi.

Chodzi mi tylko o to, żeby o siebie zadbać. Nie przez perfekcyjny manicure, płaski brzuch, nie bieliznę podkreślającą kształty, tylko przez zrozumienie. Zrozumienie siebie, moich wyborów, akceptcję błędów i radość z tego wszystkiego. I do tego was zapraszam.

Nieco ponad rok temu urodziłam czwarte dziecko. To był piękny dzień. Czułam się jak królowa bo panowałam nad każdą chwilą. Rozumiałam co się dzieje ze mną, z dzieckiem, znałam szpitalną rutynę, to mi dawało spokój, ale nie tylko to. Ostatnie tygodnie ciąży były dla nas trudne, mieliśmy do stoczenia różne nasze małżeńskie bitwy i gdy w końcu mogliśmy to wszystko zostawić za sobą, przyszedł ten dzień, a ja czułam siłę, która biła z tych przezwyciężonych trudności i ona pomogła mi rodzić. Nigdy wcześniej w życiu nie czułam takiej kontroli nad tym, co się dzieje i to był dla mnie przełom.

Nie chcę powiedzieć, że to mnie odmieniło w tym sensie, że nigdy już nie wróciłam do moich starych błędów, zupełnie nie. To był taki kamień milowy, patrzę wstecz i on tam jest i przypomina, że moje życie jest moje i że nie ma dobrych doświadczeń bez tych złych. Ja wiem, że to wszyscy wiedzą, ale jest przepaść pomiędzy tą wiedzą, a doświadczeniem i akceptacją i ja chcę tę przepaść jakoś pokonać. Nie chcę wciąż patrzeć na to, co mi się przydarza i jedne doświadczenia przyjmować, a inne odrzucać. Bo tak naprawdę to chodzi zawsze o drugiego człowieka, czy biorę go jakim jest i całego czy tylko w części, tej która mi robi dobrze. Jedno to miłość, a drugie już nie, a rodzinę założyłam po to, żeby kochać.